Co ja robię w Brazylii

Dla wielu osób moja podróż do Brazylii to dość oczywista sprawa. Mam chłopaka z Brazylii, czemu miałoby mnie tu nie być? Rzeczywiście jest to świetny powód żeby gdzieś się wybrać – to całe “podróżowanie z miłości” – ale co ja tu tak naprawdę robię? To już jest zupełnie inne pytanie!
Jestem studentką filologii hiszpańskiej. STUDENTKĄ, co – nie wiem jak tam w innych krajach, ale w Polsce równa się mniej więcej jedzeniu kanapek z chlebem posmarowanych nożem (1)*. A ja w tej chwili mieszkam w obcym kraju, na obcym kontynencie! Przecież przetrwanie w samej Unii Europejskiej było już wystarczająco skomplikowane, a co dopiero tutaj, w kraju trzeciego świata, gdzie wjeżdża się na wizie turystycznej na 90 dni i nie da się legalnie pracować bez uprzedniego uzyskania pozwolenia na pracę, które jest nie do uzyskania. No chyba, że się chce tu naprawdę zostać i ma się serio szczęście.

Studenckie $45

Przyjechałam tu po raz pierwszy w grudniu na około 2 tygodnie. To było do ogarnięcia, uwzględniając pieniądze odłożone jeszcze z Hiszpanii i dodatek zapracowany już w Polsce, przy umowie na zlecenie gdzieś między zajęciami. Żeby jednak przylecieć tu po raz drugi, nie było to łatwe. Nawet po przepracowaniu swojej działki w Szwajcarii. A już na pewno nie zaraz po Rejsie Niepodległości (2)*, w którym wzięłam udział z początkiem 2019r.

Ostatecznie przyjechałam z niczym oprócz $45 w portfelu i dwóch polskich kart debetowych. (Jedna z nich dolarowa, ponieważ Brazylia znajduje się w strefie dolara. Nawet jeśli ich własną walutą jest R$, karta dolarowa wciąż obniża spread walutowy).
Karty debetowe niestety niekoniecznie pomagają w samym przetrwaniu, ale umożliwiają przelewy, wypłaty i opłaty w zakresie posiadanych środków, a to już całkiem sporo.
Przyjeżdżając, miałam już miejsce do spania załatwione u cioci mojego chłopaka, a więc jedna rzecz mniej do martwienia się na zapas. Tylko, że – plan był taki, żeby dokładać się do rachunków. Nawet jeśli wiedziałam, że nie muszę płacić czynszu, to przecież fajnie by było podzielić się kosztami jedzenia, gazu, wody i tak dalej, nie? No i oczywiście potrzebowałam też kupić bilet powrotny w którymś momencie… (Wciąż go nie mam).

Ja i moje $45…

Wszystko się da, trzeba tylko plan mieć

Na szczęście przyleciałam tu z laptopem (tanim laptopem kupionym na kredyt (zaufania)) (3).* Z laptopem i z planem. Plan był taki, żeby po prostu pracować online. – Zarejestrować się na jakieś platformie naukowej typu Cambly, Italki, Preply, czy coś w tym stylu, i zarabiać, ucząc ludzi angielskiego. W końcu miałam tu nieskończoną ilość czasu (biorąc pod uwagę, że Leo – mój chłopak – pracuje i uczy się jednocześnie). Mogłabym mieć nawet z 10 lekcji dziennie (ok, przesadzam, max z 5), albo mogłabym też spróbować freelancingu i zająć się pisaniem na blogi, tłumaczeniami lub czymkolwiek innym.

Szkoda tylko, że okazuje się, że żeby pisać, trzeba mieć jakiś dorobek potwierdzający, że się pisać potrafi. Ja nie miałam wcześniej nawet laptopa, a co dopiero dorobku pisarskiego! A potem okazało się jeszcze, że na Cambly wyczerpali już swoje zapotrzebowanie na nauczycieli, a grupa z Italki odrzuciła moją aplikację 10 tysięcy razy, to z powodu nie takiego zdjęcia, to filmik krzywo albo dźwięk nie taki, to z kolei wonty, że nie chcę uczyć również Polskiego.

Preply z kolei zaakceptował mnie natychmiast, ALE (wszędzie jest jakieś ale) oni za to pobierają 100% prowizji od każdej pierwszej lekcji z danym uczniem i 33% od każdej następnej (po 50 prowizja spada do 25%, łaskawcy). To generalnie znaczyło, że w ciągu pierwszych tygodni, po przeprowadzeniu 15 zajęć, moje wpływy wciąż równały się: zero! Oczywiście – nowy nauczyciel, zero referencji, słabe staty, niska pozycja na liście wyszukiwania i wyłącznie pierwsze zajęcia, więc co się dziwić… no ale nie było to najbardziej zachęcające. Leo jednak wierzył we mnie przez ten cały czas i wraz ze swoją rodziną codziennie pytali mnie jak mi idzie, ekscytując się każdym nowym uczniem. Matko, jak bardzo zażenowana się przez to czułam… Koniec końców jednak udało mi się osiągnąć status nauczyciela online! (Z – jak do tej pory – ok 10-14 stałymi plus 2-4 nowymi lekcjami tygodniowo, a to, okazuje się, wcale nie mało).

Samo życie

Grumpy Cat na wieki w pamięci! Ale tak, to oddaje sytuację idealnie…

To jest właśnie to, co tutaj robię. Uczę angielskiego. Uczę angielskiego Polaków – żeby było śmieszniej (co akurat świetnie się składa, ponieważ, dzięki różnicy czasowej, mogę pracować w ciągu zwykłych godzin pracy i mieć wolne wieczory, tak jak cała reszta ludzkości), używając mojego taniego-nieodpracowanego-jeszcze-laptopa i gościnności całej rodziny Leo. (W mieszkaniu jego cioci internet nawala średnio 5 razy dziennie, jeśli w ogóle działa. Nie mogę sobie na to pozwolić podczas zajęć, które są moim jedynym środkiem zarobku. Na szczęście mam klucze do jeszcze dwóch innych mieszkań, więc nie jest to jakiś wielki problem (4)*).

Jeśli chodzi o wszystko inne, można powiedzieć, że po prostu tu sobie mieszkam. Związek, praca, znajomi, (przygotowania do przerażającej Brazylijskej zimy…). No i uczę się Portugalskiego (w zatrważającym tempie). …i unikam studiów, tak długo, jak tylko się da.

Przypisy

1. *(w opozycji do masła, bo tak się składa, że przydałoby się zarówno masło jak i nóż żeby posmarować kromkę. Ale czy się używa masła czy noża, to już jest czasem kwestia statusu społecznego rodziców lub ciężkiej pracy wkładanej w nie oszczędzanie)

2. *(Część rejsu dookoła świata na uczczenie 100lat niepodległości Polski. Trasa Panama- Gdynia przez Kolumbię, Stany Zjednoczone, Bahamy, Azory i Wielką Brytanię; Swoją drogą, Rejs Niepodległości jest główną przyczyną tego, że w ogóle dostałam roczną dziekankę i mogę tu być)

3. *(w rzeczywistości po prostu mój tato go kupił. I nie mam pojęcia skąd ten hajs wytrzasnął, poważnie. Kupił go pod obietnicą, że zwrócę mu to kiedy już zarobię… #nigdy #żart #chyba #tatonieczytajtego)

4. *(to jest świetna rzecz jeśli chodzi o Brazylijczyków. Ich gościnność jest naprawdę ogromna, a do tego uwielbiają pozostawać w kontakcie z rodziną w sensie dość dosłownym. Oczywiście w swoim czasie wyprowadzają się od rodziców, ale nie za daleko. I tak, Leo z rodzicami mieszkają w górze ulicy, jego ciocia na drugim końcu minutę drogi od nich, jego brat zaraz naprzeciwko, tylko przejść przez ulicę, siostra z mężem 2min drogi w dół, druga ciocia 10min główną ulicą, wujek z żoną drzwi obok niej i tak dalej i tak dalej…)

5. *(w tle tego wpisu możecie uświadczyć zdjęcie z kalkulatorem wpływów z podatków, których tu nie płacę… #thuglife)

CIEKAWOSTKA:

Tak się martwiłam tym hajsem i bałam, że te $45 to mi w Brazylii na tydzień nie wystarczy, a ostatecznie, w ciągu całego mojego tutejszego pobytu, nie udało mi się wydać nawet $15…. Naprawdę się starałam! Próbowałam dołożyć się do jedzenia! Do rachunków! Zapłacić za siebie na mieście! Lub nawet taka głupota jak bilet na autobus…! No nie da się. Po prostu czasem się nie da. #polecamtęrodzinę
O, a już szczytem wszystkiego okazał się zabieg pedicure, który też dostałam w prezencie. Babka, jak się dowiedziała, że to mój pierwszy raz, powiedziała, że pierwszy zabieg dla mnie do oceny na koszt firmy. Także o ile w sensie finansowym może jeszcze nie jestem bogata, powiedziałabym, że biedna też raczej nie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *