“Przeszłam malarię i żyję” – co warto wiedzieć o malarii

blach and white, muzungu in kenya

Przed moją pierwszą podróżą do Kenii największy postrach w rodzinie siało widmo malarii, na którą niestety nie ma szczepionek. Warto wiedzieć, że wynika to głównie z faktu, iż przejście malarii w żaden sposób nie uodparnia przed ponownym zachorowaniem. Nas jeszcze z dawnych lektur “W pustyni i w puszczy” goniło przeświadczenie, że to zdecydowanie coś, na co można umrzeć. Ale ja sama nie przejmowałam się tym aż tak bardzo. “Malaria” to słowo, z którym oswoiła mnie nieco Diakonia Misyjna i dziewczyna, która już tę chorobę przeszła. Jak słyszałam, w Kenii leczenie to raczej standardowa procedura i zero problemu.

malaria na świecie

Podczas przygotowań oczywiście wielokrotnie zachęcano mnie do zakupu leków prewencyjnych, na co ostatecznie się zdecydowałam. Renomowany lekarz chorób tropikalnych zlecił mi najpotrzebniejsze szczepienia, a w kwestii malarii przykazał przynajmniej wziąć leki jakby tylko pojawiły się pierwsze objawy sugerujące cokolwiek i od razu iść na badania. Ja jednak tych leków podczas podróży nigdy nie użyłam.

Malaria a leki prewencyjne

Bardzo wiele osób wyjeżdżających, szczególnie po raz pierwszy, boi się perspektywy choroby wystarczająco mocno, by bez wątpliwości zgodzić się na leki prewencyjne. Dlaczego ten pomysł w perspektywie długoterminowej jest szkodliwy i głupi? Niestety zarówno leki na malarię, kiedy już zachorujemy, jak i leki mające temu zapobiec, to środki o ogromnej i niezwykle wyniszczającej sile działania. Dłuższe ich przyjmowanie jest szkodliwe nie tylko dla wątroby, ale i całego organizmu. Dla przykładu spójrzmy sobie na zdjęcia ulotki leku “Malarone”, oraz dla porównania zdjęcia ulotek dwóch innych przypadkowych leków, które znalazłam w apteczce.

Do tej pory nie byłam przyzwyczajona do zażywania lekarstw na porządku dziennym. Kiedy już coś przyjmowałam, były to raczej środki stwarzające bardzo niewielkie zagrożenie dla mojego zdrowia; o skutkach ubocznych u najwyżej 1 na 1000 osób, a najczęściej 1 na 10000! A z czym mamy do czynienia w przypadku “Malarone”? No cóż… takie wymioty czy biegunka występują tu CZĘŚCIEJ NIŻ U 1 NA 10 OSÓB! Odrobinę rzadziej, ale wciąż bardzo CZĘSTO występują nie tylko zawroty głowy, wysypki, gorączka czy bezsenność, ale także depresja!!! Taki lek oczywiście może być koniecznością w sytuacji zachorowania, ale przyjmować go CODZIENNIE przez dwa i pół miesiąca “tak na wszelki wypadek”, to chyba lekka przesada, prawda? Zresztą, o samym działaniu leków, opowiem wam za chwilę, bo przecież ostatecznie doświadczyłam ich na własnej skórze…

Wyjazdy krótkie, a długie

Jak wiadomo, malaria jest chorobą groźną, a nieleczona – chorobą śmiertelną. Jej przebieg jest bardzo nieprzyjemny i nikomu nie opłaca się ryzykować choroby, jeśli nie jest to konieczne. Dlatego własnie kwestia prewencji ma się inaczej w przypadku wyjazdów krótkich i długich. Przyjmowanie leków prewencyjnych przez tydzień jest zdecydowanie mniejszym złem w stosunku do choroby. Przyjmowanie ich jednak przez miesiąc, dwa, trzy lub więcej z kolei, naraziłoby nasz organizm na zniszczenia niewspółmiernie wielkie w stosunku do ryzyka zachorowania. Dlatego właśnie ja tę jedną paczkę “Malarone” przy wyjeździe schowałam na dnie torby i ani myślałam jej wyciągać.

Malaria i leki na malarię, czyli: co jeśli jednak Ci się trafi

Massai Land - muzungu na wozie
Massai Land

Pierwsze symptomy malarii niestety nie są zbyt precyzyjne. Mogą przypominać zatrucie pokarmowe lub przejściowe bóle głowy. Nic, czego nie można by się spodziewać przebywając w obcym kraju. Kiedy u mnie pojawiły się problemy żołądkowe, zaniepokoiłam się lekko, ale nie wyglądało to na nic poważnego i stosunkowo szybko przeszło. Mama nalegała przez telefon, żebym jednak się zbadała, ale brak nawrotów skutecznie mnie od tego odwiódł.

Może ze dwa tygodnie później wybrałam się ze znajomymi do Massai Landu. Jest to jeden z regionów o wyższym zagrożeniu malarią, ale jest on jednocześnie pewną atrakcją kulturoznawczą. Podczas pobytu u znajomych za wyjątkiem bólu głowy nic mi nie było. Bardzo źle się za to czuł mój kolega Przemek, który miał gorączkę, migrenę i problemy z układem pokarmowym. Po przebadaniu stwierdzono malarię. Na szczęście leki bardzo łatwo dostać od razu na miejscu, a szybka diagnoza to gwarancja sukcesu.

Jeszcze tego samego dnia musieliśmy się rozstać. Ja jechałam z powrotem do Nairobi, do znajomego Kenijczyka, u którego zostały moje torby, a oni do Meru, gdzie mieliśmy się spotkać z już zebraną częścią teamu na rekolekcje.

Obraz może zawierać: 3 osoby, uśmiechnięci ludzie
Muzungu w Kenii – z Kenem i Consolatą w Nairobi

Przebieg choroby od momentu diagnozy

W Nairobi miałam zostać jakieś dwa dni. Już pierwszej nocy jednak obudziła mnie biegunka i silne dreszcze. Było zimno i ciężko było z powrotem zasnąć. Rano oznajmiłam gospodarzowi, że idziemy do laboratorium robić testy na malarię. Kenijczyk praktycznie mnie zbył, oznajmiając, że panikuję, bo mój kolega coś złapał i na pewno nic mi nie jest. Na szczęście jednak uparłam się przy swoim, bo w laboratorium okazało się, że mam zarówno malarię, jak i jakąś niezidentyfikowaną infekcję organizmu. Leki na malarię oczywiście zabiją jedno i drugie. Niestety mój kolega czekał na zewnątrz, w związku z czym ściągnięto ze mnie grube miliony za badanie i tabletki (akurat w Kenii powinno to kosztować grosze, a kosztowało mnie jakieś 900kSh, czyli prawie 40zł (cebula 😂)), ale ostatecznie trudno.

Pierwszą dawkę przyjęłam od razu i od razu też poczułam się… GORZEJ. Zaczęło się od całkowitej utraty apetytu, choć umówiliśmy się, że zjemy po badaniach. Potem przyszła ociężałość i nudności. Jak wróciliśmy do domu, położyłam się spać i budziłam się właściwie tylko na wzięcie leku. Przespałam dzień i noc z rzędu. Następnego dnia rano miałam spotkać się z grupą animatorów, która miała ze mną jechać do Meru (5h jazdy od Nairobi). Nie wyszło. Moje mięśnie odmówiły posłuszeństwa a nudności nasiliły się mocno, więc bez czekania na resztę Ken wsadził mnie w pierwsze matatu odjeżdżające w dobrym kierunku, a potem po prostu przez 5 godzin modliłam się, żeby nie zwymiotować na gościa przede mną.

Na miejscu odebrali mnie znajomi i praktycznie zanieśli mnie do ośrodka, bo nie byłam wstanie iść o własnych siłach. Wciąż nie byłam głodna, ale ksiądz (misjonarz, który spędził 11 lat w Zambii i przechodził malarię 44 razy) wmusił we mnie zupę, po czym oznajmił:

“Zamawiajcie taksówkę pod same drzwi, bo ona dalej nie dojdzie. To jest prawdziwa malaria, wiem co mówię. Jedziemy do szpitala.”

Obraz może zawierać: 1 osoba
Przy drodze w Meru

Malaria? Proszę nie panikować!

Czekając na taksówkę miałam poczucie, że umieram. Czułam się tragicznie źle i nie miałam w sobie za grosz siły. Bałam się, że poszłam do lekarza za późno. Nagrałam wiadomość rodzicom, trochę, żeby dać im znać, co się dzieje, a trochę, ponieważ nie wiedziałam co dalej i czy będzie jakieś dalej. Przecież tyle razy słyszałam, że malaria, której nie leczy się szybko stanowi zagrożenie życia!

Ostatecznie jednak wepchnięto mnie do taksówki, zawieziono do szpitala, a po odpowiedniej dozie niespokojnych oczekiwań, mogłam wreszcie usłyszeć:

“Ee, spokojnie, to wszystko to tylko skutki uboczne leków.”

I tyle w tym temacie. Po kilku dniach byłam jak nowo narodzona.

Ciekawostka:

Rok później byłam w Kenii ponownie, tym razem bez odwiedzin w szpitalach. Skończyłam za to w szpitalu jakieś dwa miesiące po powrocie, po paru niemalże nieprzespanych nocach wywołanych strasznym bólem głowy. Na wejściu oznajmiono mi, że nie mają pojęcia co mi jest, ale COŚ NA PEWNO i nie wypuszczą, dopóki się nie dowiedzą. Zrobili mi punkcję lędźwiową w kierunku zapalenia mózgu, czy coś takiego. A potem wyszło, że byłam w Kenii. Dwa miesiące wcześniej, nie wiedziałam, że to ważne! No to od razu dorzuciłam, że przechodziłam też kiedyś malarię… Ojeju… Co to się w tym szpitalu nagle zadziało… Panika x 1000 000 000. Nagle wszyscy dookoła zaczęli biegać w popłochu. No i rzeczywiście mnie nie wypuścili.

Krew pobrali mi z 7 razy. Ostatecznie udało im się wykryć zarodźce malarii (które przechowują się w formie uśpionej w organizmie i mogą potencjalnie uaktywnić się w przypadku obniżonej odporności), ale oczywiście przy okazji dowiedziałam się, że choruję jeszcze na 3 inne rzeczy. To wtedy miałam wreszcie okazję przetestować lek “Malarone” i oczywiście skończyło się to wymiotami i jeszcze gorszym samopoczuciem. Moja doktor prowadząca zarzuciła mi, że zrobiłam to specjalnie… -.- A potem podano mi dożylnie leki przeciwwymiotne i następną dawkę “Malarone”

Podsumowanie:

Malaria to może niekoniecznie atrakcja tropikalna i nie polecam jej szukać. Faktem jednak jest, że nie musi to być też koniec świata i nie warto od razu panikować. Leki malaryczne zabiją praktycznie wszystko, serio. Włącznie z żołądkiem i wątrobą, jeśli się zechce nimi faszerować na dłuższą metę. Właśnie dlatego osobiście nie polecam przyjmowania czegokolwiek przed diagnozą, jeśli jedziemy gdzieś na dłużej. Zresztą, teren potencjalnie objęty zagrożeniem jeszcze nie oznacza, że na pewno nam się trafi, bo przecież całkiem niedawno spędziłam pół roku w Brazylii, która na mapce widnieje na czerwono, i zupełnie nic się nie zadziało. Mimo wszystko jednak, jeśli jest to wyjazd krótki, to może rzeczywiście nie warto ryzykować. Chociaż tego rodzaju prochy na pewno nie dodają energii na drodze ku przygodzie…

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *