Hiszpańska Tułaczka – wstęp

“Hiszpańska tułaczka” to określenie, które przyszło mi do głowy jako najbardziej adekwatne w kontekście 9 długich miesięcy, które spędziłam w Hiszpanii w 2016/2017 roku. To okres, który całościowo wpłynął na mnie, jako osobę, prawdopodobnie najmocniej w ciągu mojego dotychczasowego podróżnego życia. Jak do tej pory to też najbardziej pamiętna ze wszystkich moich wypraw.

Dlaczego? Ponieważ był to czas wielkich przemian wewnętrznych i porzucania naiwności, przy jednoczesnym uczeniu się, że chociaż nie wszyscy na świecie są dobrzy i pomocni we właściwym tego słowa znaczeniu, to życie bez ludzi na naszej drodze jest w najlepszym razie trudne.

Arc Triomf

Wszystko zaczęło się nad wyraz “przyjemnie”, od zerwania długotrwałej relacji tkwiącej w friendzonowym limbo w moje 21 urodziny i następującego zaraz po tym lądowania w szpitalu z diagnozą czterech różnych chorób, z uwzględnieniem malarii. To było niedługo po powrocie z drugiego wyjazdu do Kenii. Jakoś nie od razu przyszło mi do głowy, żeby zaznaczyć to na wywiadzie z lekarzem, ale 100% zatrzymanie miałam jak w banku jak tylko zobaczyli jak wyglądam. Jak się można spodziewać, na słowa “Kenia” oraz “przebyta rok wcześniej malaria” personel zaczął biegać w tę i wewtę, lekarzy ogarnęła panika, studenci medycyny walili drzwiami i oknami do mojego jakże ciekawego przypadku, zajmując miejsce, które mogliby zająć znajomi, gdyby bardzo chcieli; a dla mnie samej rozpoczęło się jakieś 2 tygodnie tragicznych bólów głowy, brzucha i wszystkiego innego co tylko potrafi boleć i dramatycznych przemyśleń nad tym, czy znalazłby się może ktoś, kto by się ze mną z litości ożenił, gdybym jednak była terminalnie chora, bo wyjście za mąż stoi dość wysoko na mojej przedśmiertnej liście. (XD)

To właśnie to wydarzenie sprawiło, że zamiast na drugi rok studiów postanowiłam raczej wybrać się “na drugi koniec świata”. Moim ukrytym motywem był fakt, że żaden drugi rok studiów tak naprawdę mi się nie należał, ale o ciekawostkach tego przekrętu może innym razem. Tak czy inaczej, zniknięcie na rok było mi całkiem na rękę. Wypis ze szpitala z rażącym słowem “malaria” na pierwszej stronie podziałał wręcz idealnie na spragniony dobrych czynów dziekanat i dostałam urlop zdrowotny zgodnie z życzeniem nie na jeden, ale na całe dwa semestry. Czułam, że absolutnie nic mnie nigdzie nie trzyma. Mój hiszpański po pierwszym roku można było określić jako istny dramat. Moje przywiązanie do znajomych i aktualnego stanu rzeczy było żadne. Lekarze wymusili na mnie obietnicę trzymania się jak najdalej od tropików przez minimum rok, a najlepiej znacznie dłużej. A ja potrzebowałam porządnej zmiany.

Hiszpania była oczywistym wyborem. Kraj europejski, cywilizowany, dosyć blisko, a jednocześnie wystarczająco daleko i do tego z językiem hiszpańskim, który był mi tak potrzebny. Wystarczyło tylko poszukać odpowiedniej oferty, żeby gdzieś się zahaczyć i mogłam jechać! Wybrałam wyjazd jako AuPair, zakładając, że w ten sposób najłatwiej będzie mi podszkolić swój hiszpański bez narażania się na trudy utrzymania i mozolne poszukiwanie pracy już na starcie. Oczywiście ani mi przyszło do głowy, że oszczędność na agencji może w przyszłości odbić się na całokształcie mojego pobytu zagranicą. Jak też możecie się domyślić, stało się dokładnie to, czego się nie spodziewałam.

karnawał w Sabadell
(Sabadell – karnawał)

Założenia mojego wyjazdu były stosunkowo proste. Chciałam:

  1. Zahaczyć się jako AuPair
  2. Opanować język na B2
  3. Uniezależnić się
  4. Wynająć mieszkanie
  5. Znaleźć pracę
  6. Zdobyć doświadczenie zawodowe i nie tylko
  7. Zaprzyjaźnić się z ludźmi wartymi mojego czasu
  8. Nauczyć się te przyjaźnie cenić i o nie dbać
  9. Zakochać się 

Co mogło pójść nie tak?

Według pierwotnych założeń miałam lecieć do Madrytu 24 stycznia. Kupiłam bilet w jedną stronę ledwie tydzień po wyjściu ze szpitala. W ciemno. Uznałam, że trzy miesiące to wystarczający czas, żeby się ogarnąć i przygotować. W trzy miesiące, mając tak świetną motywację, jaką jest gotowy bilet, na pewno coś znajdę. Na necie jest parę portali dla AuPair, gdzie można coś znaleźć i niekoniecznie trzeba mieć pośrednika. Zarejestrowałam się na jednym z nich i rozpoczęłam poszukiwania.

Ponieważ był to mój pierwszy raz i nie bardzo było kogo zapytać o zdanie, moje oczekiwania nie tylko nie były wygórowane, ale też cechowała je spora elastyczność. Bardzo naiwnie liczyłam na prostolinijną szczerość i ułożenie rodzin, które się na coś takiego w ogóle decydowały. O tym też pisałam we wpisie Chcesz zostać AuPair? O czym warto wiedzieć przed, bo oczywiście życie pokazuje, że brak konkretnych oczekiwań może się równać bardzo wielu niespodziankom.

W dość krótkim czasie trafiły mi się dwie rozmowy na Skypie w ramach poznawania potencjalnych przyszłych hostów. Pierwsza rodzina pochodziła z Andaluzji i miała dwójkę dzieci, niesamowitą posesję i płaciła większe pieniądze. Druga rodzina żyła skromniej, ale za to w pobliżu Barcelony, w Sabadell. Mieli trójkę uroczo wyglądających dzieci i deklarowali się jako katolicy, twierdząc, że wiara jest dla nich bardzo ważna. Niestety pierwsza rodzina w tym czasie prowadziła rozmowy jeszcze z inną dziewczyną, która była już tam na miejscu i mogąc poznać ją twarzą w twarz, to na nią się zdecydowali, co mi ograniczyło aktualny wybór.

dziewczynka chwali się rysunkiem

Tak naprawdę miałam jeszcze czas i mogłam szukać dalej, żeby zwyczajnie zobaczyć jakie jeszcze mam opcje. Ale w jakiś sposób chciałam żeby to było już-teraz-zaraz, a od drugiej rodziny dostałam propozycję, że gdybym tylko była gotowa przyjechać od razu, to zapłacą mi za bilet do Barcelony. Przecież skoro są wierzący, to muszą być dobrymi ludźmi, a to brzmiało jak spełnienie marzeń! No i właśnie w ten sposób wylądowałam na lotnisku El Prat 03 grudnia 2016 r.

A co dalej, można sprawdzić na poglądowej liście zdarzeń zamieszczonej w poście poniżej:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *