Nauka języków w podróży – jak to działa

Praga

Ostatnio dosyć często słyszę komplementy pod adresem moich zdolności językowych. Przecież nauka języków jest taka trudna, a ja, oprócz polskiego, z powodzeniem opanowałam aż trzy!(1)* Prawda jest jednak taka, że do samego końca liceum pod względem językowym byłam postrzegana raczej w kategoriach absolutny nierób/absolutne beztalencie. Nie tylko przez nauczycieli i znajomych, ale przede wszystkim przez siebie samą. Ta sytuacja zmieniła się dopiero w momencie mojej pierwszej dłuższej podróży. Oczywiście nie od razu zostałam poliglotką, ale moje podejście stało się inne. Czy jednak zwykły wyjazd za granicę może aż tyle zmienić? Tak i nie, ponieważ nauka w podróży też ma swoje zasady.


1*- Trzy z kawałkiem, albo z kilkoma kawałkami. Ale tak, w tej chwili zajmuję się już uczeniem angielskiego, przede mną ostatni rok filologii hiszpańskiej, a na co dzień komunikuję się przy pomocy portugalskiego, który jest językiem urzędowym Brazylii.

Islandia
Nauka języków jest ciężka jak ten kamień! Takie zobrazowanie sytuacji. A zdjęcie z Islandii.

Nauka języków od zera – dlaczego brak przygotowania to zły pomysł

Tak naprawdę wiele osób wciąż żyje w przeświadczeniu, że samo przebywanie za granicą jest już kluczem do sukcesu. Niektórym się wydaje, że wraz z wydostaniem się z własnego kraju, znajomość języka obcego spływa na nas z nieba. To na pewno dlatego tak szybko nauczyłam się portugalskiego! Wystarczyło wyjechać do Brazylii i ciach! Nowy język zaliczony.

Otóż nie.
Pozwól, że w ramach wyjaśnienia porównam ten mechanizm do szkolnej ławki. Czy zdarzyła Ci się kiedykolwiek w szkole tzw. magiczna “chwila nieuwagi”? I nagle, podniósłszy wzrok na tablicę, zobaczyłeś kosmiczne rysunki, wykresy lub obliczenia nie wiadomo skąd? Chyba każdy zna to uczucie z przynajmniej jednego przedmiotu.

Nie wiem jak Ty, ale ja byłam zawsze cienka z chemii. Nie chciałam się jej uczyć. No i nie rozumiałam nic. W związku z tym ciężko było mi też skupić uwagę na lekcji. Kto nie woli drzemki od jakichś skomplikowanych procesów chemicznych, o których nie ma bladego pojęcia? A kiedy nagle byłam wywołana do odpowiedzi? No cóż… Stres, bezradność i OBY NIGDY WIĘCEJ.

Tak jak brak przygotowania do trudnej lekcji, tak samo wyjazd za granicę bez jakichkolwiek podstaw po prostu nie zadziała. To nie znaczy oczywiście, że na pewno niczego się nie nauczysz. Ale ta nauka będzie trudna. Ciężko jest przecież skupić uwagę na całkach, kiedy nie umie się dodać nawet 2 do 2! O wiele trudniej jest zacząć chwytać cokolwiek, jeśli naszym startem jest nic. W obcym kraju będziesz otoczony osobami, które z natury są na poziomie metaforycznych całek i różniczek. Jak chcesz się tam odnaleźć, nie wiedząc co to są liczby naturalne?

Dlaczego jeszcze znajomość podstaw to podstawa?

Tak naprawdę to, co jest najważniejsze w procesie uczenia, to podejście. Motywacja. Pragnienie zdobywania wiedzy. A jakie są szanse na to, że nie rozumiejąc absolutnie niczego, przytłoczony ogromem materiału, zaskoczony prędkością z jaką nadchodzą informacje, będziesz miał ochotę się w dany język zagłębiać?

To co najczęściej nam towarzyszy, gdy ktoś wywoła nas do odpowiedzi, kiedy jesteśmy nieprzygotowani, to stres i wstyd. A kiedy nam wstyd, kiedy jesteśmy kompletnie pogubieni, najłatwiej jest się schować. Najłatwiej uciec od stresującego czynnika i nigdy więcej się z nim nie mierzyć. Szanse na uczucie gotowości do boju i motywacji do nauki są nikłe, kiedy każde kolejne podejście kojarzy się z zażenowaniem i niekompetencją. Oczywiście, same podstawy nie sprawią, że momentów pragnienia “zapadnięcia się pod ziemię” nie będzie. Chodzi zwyczajnie o to, żeby te negatywne przeżycia wyrównać pewną satysfakcją z tych rzeczy, które jednak uda nam się powiedzieć lub zrozumieć.

No dobra, w takim razie jak to się stało, że ja się tych języków nauczyłam?

nauka języków przy pomocy słownika

Jak się zaczęła moja własna nauka języków, tak “na poważnie”

Z angielskim miałam do czynienia od przedszkola, ale nigdy nie szło mi to zbyt dobrze. Słówka za nic nie chciały zakorzenić się w mojej głowie, a gramatyka brzmiała nudniej niż flaki z olejem. Zaraz po liceum dostałam jednak niepowtarzalną szansę wyjazdu za granicę. Wyjechałam do Irlandii, do rodziny. (Muszę za to podziękować bratu, który oddał mi ten los wygrany na loterii zupełnie za darmo). Celem było znalezienie pracy. Z moim łamanym angielskim i w zasadzie zerowym doświadczeniem szło to jak krew z nosa… Do tej pory pamiętam swoją jedyną rozmowę kwalifikacyjną, na której potakiwałam i uśmiechałam się głupio nie mając zielonego pojęcia co ten kolo do mnie mówi, tylko po to, żeby potem okazało się, że praca polega na chodzeniu od drzwi do drzwi i wciskaniu starszym ludziom “lepszej umowy” na dostawę gazu… Popracowałam aż całą godzinę, co i tak uważam za sukces. Ostatecznie więc pracy nie znalazłam.

Tak naprawdę mój wyjazd miał doskonały potencjał do tego, żeby zupełnie nic nie wnieść do mojego dalszego życia. Dlaczego? Okoliczności były niezwykle sprzyjające! Byłam otoczona rodziną, która przecież mówiła po polsku. Nie dostałam pracy, ani nie musiałam chodzić do szkoły, w związku z czym nie było presji. Kiedy wreszcie poznałam jakichś ludzi w moim wieku, byli to znajomi mojego kuzyna, Polaka, więc w zasadzie mogłam się nie wysilać. No to skąd ta zmiana?

Dobór towarzystwa to kluczowa sprawa

Kiedy Wojtek poznał mnie ze swoimi znajomymi, po raz pierwszy naprawdę uderzył mnie fakt, jak mało ja umiem. Rozmowy biegły, a ja próbowałam chwytać chociaż pojedyncze słowa, z różnym skutkiem. Czasem, gdy już wydawało mi się, że coś zrozumiałam, w głowie układałam odpowiedź, która ostatecznie okazywała się spóźniona o jakieś pięć tematów, więc do niczego już się nie nadawała. W ten sposób mogłabym przesiedzieć cicho całe spotkanie. Szkoda tylko, że czasem ktoś akurat zwracał się do mnie. Wtedy jednak mogłam rozdziawić usta w niemocy i zapytać Wojtka o co poszło, a potem odpowiedzieć po polsku, żeby się nie ośmieszać.

Ta sytuacja potrwała jednak bardzo krótko. Dlaczego? Ponieważ Wojtek był świetnym towarzyszem. Praktycznie od razu, kiedy zauważył co się dzieje, powiedział: “Agata, moi znajomi nie znają polskiego, także od teraz ja też nie mówię po polsku. Chcesz rozmawiać – okej, ale po angielsku. Chciałaś się czegoś nauczyć, tak? No to masz okazję.” I był naprawdę konsekwentny.

Na początku byłam zawiedziona. Miałam wrażenie, że to niesprawiedliwe, bo przecież oni wszyscy mówią świetnie, a ja nie. Poza tym to powodowało jeszcze większe zagubienie. Pamiętam takie “traumatyczne” sytuacje. Ktoś nagle zadał pytanie, a ja nie wiem o co chodzi. Żenada. Gramy w grę, wytłumaczono mi zasady dwa razy, moja kolej, a ja dalej nie wiem co mam robić. I znowu: żenada. Najchętniej zapadłabym się wtedy pod ziemię i już nigdy spod niej nie wylazła.

Tu znowu muszę podziękować mojemu kuzynowi, który zwyczajnie nie pozwolił, żebym się pod tę ziemię zapadła. W wolnym czasie odpowiadał na moje natrętne wątpliwości językowe, ale przede wszystkim zapraszał mnie na spotkania i stwarzał okazje do nauki, bo sama w życiu bym nigdzie nie wyszła. Nagle się okazało, że nawet z moim ograniczeniem językowym się da; że ludzie tak naprawdę chcą mnie zrozumieć; że zadawanie pytań i zgadywanie znaczeń może być świetną zabawą. I tak się zaczęło. Pozytywne przeżycia szybko wyrównały pierwsze traumy, dobre znajomości dodatkowo zachęciły do nauki, a doświadczenie zostało na całe życie.

Festas Juninas w São Paulo, dla zobrazowania “świetnej zabawy”, haha 😉

Mózg przyzwyczaja się do wszystkiego

Z pozostałymi językami było już łatwiej. Ucząc się hiszpańskiego, poleciałam do Hiszpanii w ciemno już całkiem sama. Tutaj również miałam za sobą pewne przygotowanie, ponieważ byłam po pierwszym roku studiów (filologia hiszp. od zera). Muszę jednak otwarcie przyznać, że na pierwszym roku byłam jedną z najgorszych i najmniej rozgarniętych studentek, zupełnie jak z angielskim i niemieckim w szkole. To dlatego dla mnie wyjazd był po prostu konieczny. I to nie tak, że jak poleciałam, wstydu nie było i że wszystko od razu poszło jak z płatka. Ale mózg przyzwyczaja się do wszystkiego. Im więcej żenujących sytuacji Cię spotka, tym bardziej się z nimi oswoisz. Im więcej razy będziesz zmuszony jakoś zareagować lub coś konkretnego powiedzieć, tym mocniej wyryje się to w Twojej pamięci. To właśnie w ten sposób powoli udało mi się nauczyć zasad, które kierują osiąganiem sukcesów w tej zagranicznej nauce.

Zasady nauki języków za granicą

1. Naucz się najprzydatniejszych rzeczy już przed wyjazdem

Tak jak wspomniałam wcześniej, nauka języka nie powinna zaczynać się w momencie przekroczenia granicy. Nawet jeśli nigdy nie miałeś takiego przedmiotu w szkole, wiedząc, że czeka Cię wyjazd, spróbuj się z danym językiem osłuchać i nauczyć się najpotrzebniejszego słownictwa. Pomyśl o tym, co może Ci się przydać już na samym początku. Nawet jeśli nie będziesz w stanie od razu wskoczyć na poziom zaawansowanych konwersacji, przynajmniej nie zginiesz z głodu i nędzy.

2. Jedź SAM lub z osobą, której zależy na Twoim rozwoju, a nie komforcie

Pamiętaj, że w nauce to nie komfort jest najważniejszy. Jeśli nie jesteś w stanie jechać sam, wybierz osobę, która pozwoli Ci rozwinąć skrzydła. Najgorszym co możesz zrobić, to:

a) jechać z kimś, kto sam mówi świetnie i chętnie wyręczy Cię we wszystkim, nigdy nie dając Ci szansy na spróbowanie własnych możliwości

b) jechać z całą grupą ludzi, otaczając się swoim polskim bąbelkiem komfortu, który pozbawi Cię potrzeby uczenia.

Mam takich studentów! Mieszkają w Londynie od paru lat i płacą mi za lekcje angielskiego!

3. Szukaj okazji do wykorzystanie swojej wiedzy

Jeśli chcesz się czegokolwiek nauczyć, musisz dać sobie szansę na ćwiczenia. Nauczyłeś się słownictwa związanego z zakupami? Idź do sklepu i je wykorzystaj! W supermarkecie prawdopodobnie nie będziesz “musiał”, ale może warto jednak stworzyć sobie okazję? Może warto zapytać chociażby gdzie znajdziesz warzywa, zamiast samemu ich szukać?
To samo dotyczy innych dziedzin życia. Pamiętaj, że wykorzystywanie rzeczy, których się nauczyłeś powoduje lepsze zapamiętywanie. Nie warto przetwarzać słówek we własnej głowie przez godzinę, kiedy można wypowiedzieć je na głos i sprawdzić rezultaty.

4. Zanurz się w języku, zamiast od niego uciekać

Czasem zdarza się też tak, że otoczeni trudnym dla nas językiem 24h na dobę, po prostu chcemy od niego uciec. Szukamy okazji do tego, żeby móc pogadać z kimś kto nas rozumie; żeby nie musieć się już wysilać. Mózg potrzebuje takich momentów spokoju i relaksu. Niedobrze jest jednak uciekać przy każdej możliwej okazji.

Jeśli za granicą szukasz jedynie osób, które mówią “po Twojemu”, oglądasz filmy z lektorem, albo chociaż z napisami, czytasz tylko książki, które przywiozłeś z domu i starasz się izolować od języka danego kraju, to Twoje efekty nie przyjdą łatwo. Nauka języków wymaga czasu i wysiłku. Ważnym jest dlatego, żeby czasem spróbować obejrzeć wiadomości lub interesujący nas program bez tłumaczenia; żeby postarać się przeczytać artykuł w ichniejszej gazecie; żeby poznać kogoś stamtąd i wysilić się trochę w komunikacji. To właśnie trening czyni mistrza, a nie ucieczka.

5. Nauka języków też powinna mieć granice – Nie przesadź!

Jak ze wszystkim, z nauką języków też da się przesadzić. Słyszałeś kiedyś o osobach, które, po roku czy dwóch za granicą, polskiego zapomniały? Brzmi niedorzecznie, prawda? Niestety muszę otwarcie powiedzieć, że – przynajmniej do pewnego stopnia – jest to możliwe. Jakiś czas temu czytałam wpis na blogu pewnej dziewczyny, która właśnie tym się “chwaliła”. Rzeczywiście jej polski brzmiał w sposób nieco upośledzony. Tylko o czym to świadczy? Ano o tym, że osoba postanowiła do tego stopnia “zanurzyć się” w obcej kulturze, żeby własnego języka wcale nie używać.

Mózg przyzwyczaja się do wszystkiego, czyż nie? I ma to do siebie, że lubi być efektywny i wydajny. Chociaż nam się to za bardzo nie podoba, dla mózgu totalnie ma to sens, żeby informacje, które są nam już nieprzydatne, po prostu z głowy wyrzucać. Jeśli się w czymś ćwiczymy, to z czasem przychodzi nam to coraz łatwiej. Jeśli z kolei coś porzucamy, to z czasem powrót jest coraz trudniejszy. To dlatego właśnie mówi się, że kto się nie rozwija, ten cofa się w rozwoju.

Umiejętności nabyte wciąż trzeba ćwiczyć. Jeśli więc pracujesz za granicą, wszyscy Twoi znajomi to obcokrajowcy i na co dzień nie masz okazji, żeby pogadać po polsku… CZYTAJ KSIĄŻKI. Naprawdę, chyba nie ma nic lepszego, żeby pozostać w kontakcie z kulturą, ortografią i interpunkcją, oraz żeby nie zapomnieć słownictwa. Te wszystkie zangielszczenia, brak słów, lub katastrofalne błędy ortograficzne czy składniowe, u ludzi, którzy wyjechali, to właśnie efekt braku książek i zwykłego zaniedbania. Każdemu może się czasem zdarzyć, ale to nie powinna być norma!
Nie polecam i osobiście uważam za żałosne.

To by było na tyle jeśli chodzi o (raczej długoterminową) naukę za granicą. Jeśli masz jakieś dodatkowe wskazówki, podziel się nimi w komentarzach! Jeśli natomiast planujesz wyjazd na krótko i zastanawiasz się jak polecieć i nie zbankrutować, to zachęcam Cię do zajrzenia do wpisu o podróżach niskobudżetowych 😉

Do usłyszenia!

Tagi:

6 myśli na “Nauka języków w podróży – jak to działa”

  1. Myślę, że moje umiejętności do nauki języków są całkiem imponujące; zwłaszcza języków słowiańskich. Z angielskim zawsze byłam na bakier i oprócz podstawowych zwrotów nic więcej nie mogę zaoferować 😀
    Pozdrawiam serdecznie!

    1. Czasem właśnie języki mniej popularne, czy mniej oczywiste, okazują się niezwykle przydatne w poszukiwaniu dobrze płatnej pracy 😀 myślę, że nie każdy musi lubić akurat angielski. Aczkolwiek jest on bardzo często przydatny, czy “z założenia” wymagany.
      Ale – grunt to się po prostu rozwijać 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *