Panama – hiszpański, cebula i wieczna sława

Panama

O Panamie nie da się opowiedzieć w jednym poście. ŚDM w Panamie były dla mnie przygodą, ale też sporym trudem. Były pewnym marzeniem, ale też kłodą na drodze. Jak się tam znalazłam, skąd wziął się pomysł na to wszystko i dlaczego plany zmieniły się 10 tysięcy razy po drodze, to strasznie długa historia. Tutaj pozwolę ją sobie skrócić do informacji, że jako laureatka konkursu dostałam ten wyjazd praktycznie w prezencie. Wylądowałam w Ameryce Środkowej 12.01.2019r. razem z całą rzeszą pozostałych laureatów Rejsu Niepodległości. To była część nagrody konkursowej. W tym wpisie skupię się raczej na stronie technicznej naszego pobytu na nowym kontynencie. O tym co w Panamie można zobaczyć i o ludziach tego kraju będziecie mogli poczytać w kolejnych postach.

Czym tak naprawdę są Światowe Dni Młodzieży?

ŚDM to w zamyśle wydarzenie stricte chrześcijańskie. Jest to spotkanie młodzieży z całego świata z papieżem. Głównym celem całego przedsięwzięcia jest zjednoczenie młodzieży wszystkich narodów i kultur w jednej wierze i zarówno pośrednia jak i bezpośrednia ewangelizacja.  W zamyśle ŚDM, uczestnicy wydarzenia są pielgrzymami, nie “turystami”; zjeżdżają się z całego świata ze względu na doświadczenia duchowe i pragnienie przeżycia wspólnoty, nie dlatego, że akurat w tym czy tamtym kraju są fajne wodospady, albo wulkany.

Oczywiście nie oznacza to, że wybierając się na takie wydarzenie nie można niczego zwiedzić, zobaczyć czy się tym nacieszyć, ale sam charakter wydarzenia kładzie nacisk raczej na coś innego. Oczywistym też jest, że uczestnicy tego eventu zjeżdżają się w danym miejscu właśnie ze względu na tę wspólnotę, a nie turystyczne pobudki, bo kto normalny zapłaciłby tak gigantyczną sumę za bilety w sezonie, pakiet pielgrzyma i wszelkie inne dodatkowe opłaty, tylko po to, żeby zwiedzić jakiś kraj akurat w tym samym czasie, kiedy setki tysięcy innych ludzi robi to samo?! Z turystycznego punktu widzenia ŚDM to najgorszy możliwy moment na zwiedzanie czegokolwiek.

Czym Laureaci różnili się od reszty pielgrzymów?

Problemem Rejsu Niepodległości był fakt, że nasz wyjazd do Panamy był w 100% sponsorowany. To była część wygranej. Osobiście uważam, że była to naprawdę wspaniała nagroda, jednak okazała się ona nieco problematyczna. Kto bowiem zrezygnowałby uczciwie z darmowego, trzytygodniowego wyjazdu do Ameryki Środkowej tylko dlatego, że nie identyfikuje się jako chrześcijanin, nic go nie obchodzi wspólnota i papież, lub dlatego, że nie cierpi tego rodzaju eventów i nigdy nie planował uczestniczyć w żadnych dniach młodzieży?* Naszym całym wkładem w wyjazd na ŚDM była uprzednia wygrana w konkursie, zdobycie Morskiego Świadectwa Zdrowia na podróż statkiem i spakowanie walizki. W przeciwieństwie do wszystkich pozostałych pielgrzymów, nas kosztowało to tyle, co nic.

Konsekwencje różnic w postrzeganiu sprawy

Dla ludzi, którzy wiedzą czym są Światowe Dni Młodzieży, bardzo oczwistą sprawą jest korzystanie z gościny mieszkańców danego kraju. Nie tak dawno przecież ŚDM miały miejsce w Polsce i tak samo wielu Polaków przyjęło pielgrzymów pod swoje dachy. Było to coś ekscytującego, ale również wymagającego przygotowań.  Organizowane były różnorakie wydarzenia w parafiach etc, ale również gospodarze mieli swoją szansę spędzenia czasu z gośćmi, oprowadzenia ich po okolicy, pokazania kultury itd.

Kiedy przylecieliśmy do Panamy, tubylcy byli przygotowani w podobny sposób. Być może ich organizacja nie była na dokładnie takim samym poziomie, ale na pewno ekscytacja spowodowana szansą jaką były ŚDM dla ich kraju była rzeczywiście ogromna. Ci ludzie byli całym sercem nastawieni na przyjęcie gości. Chociaż wielu z nich nie miało warunków materialnych na to, by zapewnić pielgrzymom chociażby wyżywienie, zdecydowali się na otwarcie swoich progów. (Dlatego w niektórych wioskach śniadania czy kolacje były organizowane wspólnie w parafii, po to, aby uniknąć nierówności, ale też aby odciążyć rodziny, których nie było stać na utrzymanie dodatkowych osób).

t/sdcard/DCIM/100GOPRO/GOPR0340

Wyobraźcie sobie szok tych ludzi, którzy całym swoim sercem odpowiedzieli na potrzebę udzielenia pielgrzymom schronienia, kiedy część ich “pielgrzymów” stwierdziła, że mają gdzieś atrakcje organizowane w parafii, nic ich nie obchodzi możliwość spędzenia czasu z gospodarzami i generalnie średnio interesują ich te całe ŚDM, bo wolą jechać grupą na wulkan. Niejednokrotnie zderzyliśmy się z sytuacją, gdzie część osób po prostu spakowała walizki i wyjechała gdzieś, albo – co być może jeszcze gorsze – zostawiła walizki i zawiedzionych tubylców i też wyjechała gdzieś, traktując ich jak przechowalnie bagaży, zamiast hojnych gospodarzy o wielkich sercach. Tylko jak do tego doszło?!

Pierwsze chwile w Ameryce Łacińskiej

Na początku był oczywiście chaos. Jako, że oficjalnie lecieliśmy na ŚDM, trzeba było nas rodzielić po parafiach, a potem przydzielić do rodzin. Nikt nie wiedział co, gdzie, jak. Ktoś z naszych podobno upił się i zwymiotował już w samolocie (ewh). Jak wreszcie dolecieliśmy, na lotnisku zaskoczyła nas chmara pracowników błagających o zdjęcia. Ja w butach zimowych i kurtce, bo bagażu za wiele nie można było zabrać, a tu rejs przez Atlantyk przede mną, no i w Polsce jak wylatywałam była zima. W Panamie z kolei 35C. Torby i tak już przepełnione. Wszyscy zgrzani, z tobołami w każdej ręce, a tu sesje zdjęciowe do gazet. Zanim się wszyscy zebraliśmy już minęło mnóstwo czasu. Potem trzeba było wyczytać listę, popakować się w 8 różnych autobusów i czasem się nie pomylić, bo nie wszystkie jechały w to samo miejsce.

t/sdcard/DCIM/100GOPRO/GOPR0178

Pomagierzy załadowali bagaże na dachy pojazdów stając nogami w oknach i linami wiążąc wszystko najlepiej jak się dało. Gdy wszyscy już wsiedli, wreszcie można było odetchnąć z ulgą, wrzucić na luz. Na nowo udzieliła nam się ekscytacja. Droga była długa, ale początkowo wszystko wydawało się “wow”. Palmy – wow! Jakieś dziewaczne budynki – wow! Zupełnie inny kontynent – wow! Telewizor z teledyskami w naszym busie – wow! Wszystko po hiszpańsku – wow!

Oczywiście zachwyt też w końcu znalazł swoją granicę. Zajechaliśmy na miejsce wieczorem, wszyscy zmęczeni, a tu toboły do taszczenia, wciąż nie wiadomo jak będziemy podzieleni, kto jedzie do której wioski itd. Do tego jeszcze parafie poprzygotowywały ceremonie powitalne i jedzenie grupowe, czyli kolejny etap odwlekający zwalenie się do łóżek. Trzeba tu zaznaczyć, że różnica czasowa wynosiła 6 godzin, a co za tym idzie, w Polsce – i w naszych organizmach – był już środek nocy, gdy w Panamie zmierzchało. Wisienką na torcie była totalna dezinformacja i ploty, dotyczące naszej bezpośredniej przyszłości, zmieniające treść średnio co 10 sekund.

Kolejna rysa na szkle – chaos, chaos, chaos i relokacje

Wszyscy chcieli być przydzieleni do rodzin w grupkach, które sobie wybrali. Problemem okazał się angielski, którego laureaci (i być może nie tylko) podświadomie oczekiwali. W Panamie mówi się po hiszpańsku i niestety był to jedyny język, w którym dało się dogadać. To dlatego ja i moja grupa, czyli Kalina, Ola i Adam, zmyliśmy się szybciej niż reszta i trafliśmy do rodziny w czwórkę mimo plotek o tym, że koedukacyjnie nie przyjmują, albo, że przyjmują tylko parami. Mój hiszpański załatwił absolutnie wszystko. Tubylcy słysząc własny język odetchnęli z większą ulgą niż my sami na bycie wysłuchanym. Jak poradziła sobie reszta i ile im to zajęło wolę nawet nie myśleć. A to był jednak dopiero początek.

Ostatecznie każdy trafił tam, gdzie miał trafić. Albo przynajmniej tak było w teorii. W praktyce brak wystarczającej liczby osób o komunikatywnym poziomie hiszpańskiego i brak jakiejkolwiek wcześniejszej organizacji w tej kwestii sprawiły, że:

a) część laureatów trafiła do rodzin w grupach po kilka lub nawet kilkanaście osób;

b) część trafiła do rodzin w pojedynkę, “ponieważ było zbyt mało pielgrzymów, a zbyt wiele chętnych gospodarzy”, co jak widać w punkcie “a)” nie do końca było prawdą;

c) wiele z osób, które wylądowały gdzieś w pojedynkę, trafiło do rodzin nie znających ani odrobiny angielskiego i nie posiadających internetu, co znacząco utrudniało jakąkolwiek komunikację;

d) część rodzin, która otrzymała pielgrzymów, praktycznie nie posiadała niczego, oprócz dobrej woli, podczas gdy część gospodarzy lepiej sytuowanych nie otrzymała pielgrzymów, ponieważ “się skończyli”;

e) jako, że i tak już panowała absolutna dezinformacja na każdym kroku, wprowadzono dodatkowe komplikacje w postaci “rotacji pielgrzymów”, czyli zmian rodzin, o których poinformowano tylko część zainteresowanych i każdemu z nich przekazano nieco inną wersję. To z kolei poskutkowało późniejszym absolutnym sajgonem i nerwicą w wielu przypadkach. 

Zasady rotacji:

–  wersja 1.: Te rodziny, które nie chcą już dłużej swoich pielgrzymów, mogą ich oddać innym

– wersja 2.: Ci pielgrzymi, którym nie spodobały się ich rodziny, lub warunki mieszkalne, mogą się przenieść do innych

– wersja 3.: Rodziny, które zostały wcześniej do tego wytypowane, muszą oddać swoich pielgrzymów po tygodniu, tym, dla których zabrakło

– wersja 4.:  Wszystkie rodziny, które dostały pielgrzymów, muszą ich oddać po tygodniu rodzinom, które pielgrzymów nie dostały, żeby tamci też coś mieli

– wersja 5.: Ci pielgrzymi, którzy nie chcą opuszczać swoich rodzin, mogą w nich zostać, no chyba, że rodzina ich wyrzuca

– wersja 6.: Wszyscy pielgrzymi muszą się przenieść, nawet jeśli rodzina ich nie wyrzuca

– wersja 7., tak po prawdzie, ale “tylko dla moich uszu”: W rzeczywistości nikt nie “musi”, ale powiedz im, że muszą, bo jak powiesz, że nie muszą, to oni się nie przeniosą, znowu będzie chaos, a reszcie będzie przykro.

Ostatecznie rotacja nastąpiła, ku wielkiej rozpaczy zarówno części rodzin (tych opuszczonych) jak i części laureatów. Nie wszyscy rozpaczali. Po pierwsze dlatego, że rotacja z jakiegoś powodu nie nastąpiła wszędzie. Po drugie, ponieważ część osób po prostu dała nogę.

Jak to “dała nogę”?!

No tak po prostu. Część “pielgrzymów” nie poczuwała się do “pielgrzymowania” i nie przyleciała do Panamy na Światowe Dni Młodzieży, tylko na wakacje. To oznacza, że w żadnym razie nie mieli oni zamiaru uczestniczyć w wioskowych przebojach, ale raczej zwiedzać i korzystać z darmowej wycieczki ile się dało, bo przecież okazja trafia się tylko raz!

Trzeba otwarcie powiedzieć, że wiele osób, które zdecydowało się lecieć do Panamy na ŚDM, jako laureaci Rejsu Niepodległości, nie było świadomych charakteru tego wydarzenia, lub tę świadomość skutecznie ignorowała w imię cebularskiej potrzeby wykorzystania okazji. Niestety to zaważyło dość mocno na ogólnym odbiorze naszej grupy i na całokształcie doświadczenia, jakim była dla nas wszystkich Panama.

Moja sytuacja w tym wszystkim była o tyle trudna, że jako osoba znająca hiszpański bardzo dobrze, pośredniczyłam w wielu rozmowach i stawałam w roli tłumacza, próbując ogarnąć cały ten chaos, jednocześnie nie należąc do organizatorów, nie mając wcale pełnych informacji i polegając jedynie na poleceniach pochodzących z zewnątrz i bieżących newsach. Niejednokrotnie zderzyłam się z sytuacją, gdzie przetłumaczyłam jedną rzecz, a dwie minuty później musiałam świecić oczami i tłumaczyć coś zupełnie z tym sprzecznego. Było to dla mnie niezwykle przykre i stresujące, szczególnie uwzględniając emocjonalną część całego wydarzenia. Dodatkowym trudnem było to, że niekiedy nie wiadomo było co powiedzieć w zderzeniu z rodziną, która nie rozumiała czemu ich pielgrzymi nagle “zniknęli”.

Jak zostałam bohaterką

W momencie, kiedy ogłoszono oficjalne przenosiny, a był to już późny wieczór i wciąż jeszcze panował chaos, wyczytana została lista osób, które miały jechać TERAZ ZARAZ do swojej nowej wioski. Nie spakowani, bez żadnej wiedzy o tym, co się dzieje, zupełnie nie przygotowani na taki rozwój sprawy, musieli się zebrać i zwyczajnie jechać. Nie było to daleko, wioska kilka metrów od nas, ale kto to wiedział w danej chwili… Ja sama odetchnęłam jedynie z ulgą, że to nie my. Nie znałam za bardzo wyczytanych.

Nasi gospodarze jednak, kiedy wreszcie zbieraliśmy się do domu, zdecydowali, że pokażą nam, gdzie zabrano naszych kolegów. Zamiast pojechać w stronę mieszkania, podjechaliśmy kawałek w górę, do graniczącej z naszą wioski i zobaczyliśmy kapliczkę, gdzie już odbywało się radosne powitanie zabranych wcześniej laureatów. W naszych oczach na ten moment przypominało to jednak raczej wystawianie pielgrzymów na aukcji.

Weszliśmy na chwilę, żeby się przyjżeć. Zobaczyłam na ambonce jednego z Panamskich wolontariuszy, z którym wcześniej miałam okazję się zakumplować. Chłopak zaraz zawołał mnie do siebie, żebym przetłumaczyła co następuje. Gdy tylko jednak usłyszałam, że planują rodzielić pielgrzymów po rodzinach w pojedynkę, od razu zapaliło mi się czerwone światło. W niektórych wioskach przecież już tak zrobiono i wiedziałam, że wszyscy byli z tego powodu nieszczęśliwi. Przekonałam najpierw wolontariusza, a potem całą resztę, że jest to tragicznie słaby pomysł i ostatecznie tubylcy zgodzili się, by rozdzielić pielgrzymów parami, mimo tak niewielkiej ich liczby. Poprosili ich, aby sami dobrali się według upodobania i tak zostało.

Tego wieczoru moi nowi znajomi, którzy przeżyli już swój moment grozy, odetchnęli z wielką ulgą. Dla mnie osobiście najzabawniejszym był jednak moment, w którym jedna z przebywających tam laureatek podbiegła do mnie po oznajmieniu ostatecznego rozwiązania z pytaniem co się dzieje. “Nie martw się, jednak możecie dobrać się w pary, nie będą was rodzielać.” powiedziałam, a w odpowiedzi usłyszałam: “Co? Ja tu nie zostaję, ja tu jestem tłumaczem!” …

Błogosławieństwo i przekleństwo w jednym

Następnego dnia nadeszła kolej na nas. Znów panował chaos i tworzyły się zapisy i różnorakie listy osób, które chciały być razem w nowych rodzinach. Znów mówiono coś o tym, że tylko parami, ale ja postanowiłam zapytać u źródła. Znalazłam kogoś odpowiedzialnego z Panamy i powiedziałam, że bardzo zależy mi na tym, żeby pozostać w grupie czterech osób, tak jak nam się to udało w poprzedniej rodzinie. Zaraz pokierowano mnie do opowiedniego człowieka, który oznajmił: “Zbierz 10 osób, pojedziecie ze mną.” Z tym nie było problemu. Ja, Ola, Adam i Kalina, dwie dziewczyny, które mieszkały do tej pory obok nas i czwórka dodatkowych osób, które zgłosiły się nagle, chociaż jeszcze ich zbytnio nie znałam i bardzo chciały jechać z nami. Zostaliśmy przeniesieni do “El Solar”.

W wiosce okazało się, że rodziny również miały marzenie, żeby się nami podzielić i żeby każdy dostał choć jednego z nas. Na szczęście udało mi się ich przekonać, za co moi koledzy byli mi bardzo wdzięczni. Odpowiedzialny wioski poprosił nas jednak, byśmy zgodzili się w takim razie spędzić trochę czasu również z rodzinami, które nikogo w związku z tym nie będą mogły gościć. Umówiliśmy się, że poświęcimy jakieś popołudnie, żeby odwiedzić inne rodziny, zjeść wspólnie obiad i razem spędzić czas. Wszyscy przyjęli to rozwiązanie z entuzjazjem. Kiedy jednak usłyszałam mowę wioskowego Xaviera, skierowaną do mieszkańców, zakłuło mnie w serce. Ujął to mniej więcej tak:

“Kochani, wiem, że każdy z was liczył na przyjęcie pielgrzymów i starannie się do tego przygotował, jednak niestety dostaliśmy znacznie mniejszy przydział, niż się spodziewaliśmy. Nasi goście nie znają hiszpańskiego i proszą nas teraz, żebyśmy ich nie rozdzielali. Pozwolimy im więc zostać w grupach, w które się dobrali. NIE CHCECIE PRZECIEŻ, ŻEBY STAŁO SIĘ TO CO W INNYCH WIOSKACH… Jak wiecie, część pielgrzymów uciekła od swoich rodzin, ponieważ nie czuli się tam dobrze. Chcielibyśmy tego uniknąć, prawda? Ze względu na komfort naszych pielgrzymów, pozwólmy im pozostać razem. Nie martwcie się jednak. Ci z was, którzy teraz nie dostaną nikogo w gościnę, będą również mieli szansę spędzić czas z pielgrzymami.”

Kiedy własna dobra wola nie wystarczy

Chociaż nie chcieliśmy opuszczać naszych pierwszych rodzin, muszę przyznać, że nowe rodziny do których trafiliśmy były również wspaniałe. Do tego, mimo iż nasza dziesiątka była podzielona na 4 grupy, tak naprawdę wszyscy mieszkaliśmy blisko siebie i dzięki temu, że było nas tylko 10, udało nam się rzeczywiście zakumplować.

Dom rodziny, do której trafiła nasza czwórka, stał się w pewnym sensie miejscem spotkań i gospodarzy i nas, laureatów. Było tam patio i stół na zewnątrz, więc można było razem posiedzieć, pogadać, czy zjeść wspólny obiad. Niestety sielanka nie była wieczna. Nadszedł dzień, w którym mieliśmy spędzić popołudnie z pozostałymi miekszańcami:

Rano pojechaliśmy do miasteczka Antón, jak co dzień, ponieważ taki był progam, a po południu mieliśmy wrócić i wybrać się do domu sąsiadów. W Antón oznajmiono, że jedziemy na plażę, gdzie odbędzie się próba tancerzy (część laureatów zapisała się do “tancerzy lednicy”, żeby coś zaprezentować na dniach centralnych), a potem wracamy na obiad i czas wolny. Cóż. Na plaży próba się nie odbyła, albo raczej trwała ok. 5-10minut, z zaplanowanej 1,5godziny. Dlaczego? Z moich obserwacji tak było prawie za każdym razem. Organizacja była absolutnie żadna. Ale oczywiście próby były “BARDZO WAŻNE”.

Kiedy wróciliśmy na obiad, zebrałam naszą grupę, żeby wracać do El Solar na spotkanie z rodzinami. Problemem okazały się nasze dwie sąsiadki, które należąc do tancerek oburzone oznajmiły, że po pierwsze chcą zjeść w spokoju, a po drugie nigdzie nie jadą, ponieważ po obiedzie jest próba tancerzy. Ale przecież próba miała być na plaży! Mamy inne plany! Ci gościnni ludzie zgodzili się nie rozdzielać naszych małych grupek i poprosili w zamian jedynie o trochę naszego czasu, a my nie możemy się im odwdzięczyć?

Dla dwóch buntowniczek nie miało to większego znaczenia. Jedna z nich autentycznie wydarła się na mnie, że nie opuści kolejnej próby tancerzy, bo to jest dla niej ważne i nie obchodzą jej jacyś tam Panamczycy. To nie oni robią jej łaskę, że może mieszkać z koleżanką, tylko ona im, że się nie spakowała i nie pojechała na wulkan! Po takim wybuchu nie miałam więcej pytań. Ruszyliśmy bez nich. Po drodze wykruszył się jednak jeszcze Adam, który przekonał do zostania również Kalinę, bo początkowo zderzyliśmy się z brakiem darmowych busów do wioski, spowodowanych naszą zbyt małą liczebnością. Kiedy jednak pogadałam z wolontariuszami i udało mi się załatwić dla nas transport, Adam i Kalina i tak pozostali przy swoim, bo jednak chcieli coś zobaczyć w mieście. Załamałam ręce.

Tych dwoje dotarło do nas wieczorem. Nasze tancerki nie. Zamiast tego dostałam telefon od wioskowego Xaviera, który oznajmił mi, że jedna z dziewczyn stoi w drzwiach swoich gospodarzy z torbami ich odbydwu i mówi coś o wulkanie. Podał mi ją do telefonu. Usłyszłam, że dziewczyny o 5 rano jadą na wulkan ze znajomymi. Zabierają rzeczy i będą już spać w mieście, a potem jadą do Panama City. Jako, że już nie wrócą, nie ma sensu nic zostawiać. Sorka za kłopot. …Jak strasznie się czułam tłumacząc to ich host rodzinie… Tyle starań, zupełnie po nic. 

Była Panama, był hiszpański oraz cebula, a gdzie ta “wieczna sława”?

“Sława” nadeszła właściwie pod sam koniec pobytu w diecezjach, kiedy powoli przygotowywaliśmy się już do przenosin na centralną część ŚDM w Panama City. Poszukując moich znajomych w Antón, akurat natrafiłam na ekipę filmową, która szukała grupy wciąż mieszkającej u rodzin do pełnometrażowego filmu o Rejsie Niepodległości. Poza osobami mieszkającymi w mieście, moja grupa była właściwie jedyną, która została u swoich gospodarzy aż do końca, żeby uniknąć kolejnych relokacji. Po prostu się postawiliśmy. Jako, że ja dodatkowo znałam hiszpański, a rodzina, u której mieszkaliśmy nie była przesadnie bogata, moje zgłoszenie zostało natychmiastowo zaaprobowane.

W ten sposób ekipa filmowa pod dowódctwem reżysera Mariusza Malca wylądowała w naszej wiosce, która przerodziła się w plan filmowy. Zostałam w pewnym sensie przewodnikiem oraz tłumaczem na potrzeby dokumentu. Świetnie się złożyło, ponieważ był to dzień, kiedy tubylcy przygotowali dla nas warsztaty gotowania ich tradycyjnej zupy oraz wycieczkę nad wodospady, co dało okazję do nagrania kilku ciekawych ujęć. Czy film okaże się sukcesem? Nie mam pojęcia. Dla mnie to był jednak dopiero początek “kariery w mediach”. Na pokładzie Daru Młodzieży ta rola trafiła mi się o wiele więcej razy niż bym się spodziewała, ale o tym może już innym razem 😉

* nazwiązanie do tytułowej “cebuli”, czyli właśnie postawy cebulactwa – jak darmo, trzeba brać, co później miało również przejawy w “korzystaniu z okazji” i ogólnym prostactwie niektórych osób…

8 myśli na “Panama – hiszpański, cebula i wieczna sława”

  1. Pióro masz dobre, tak jakbym tam był. Smutno jednak, že znaleźli się tacy cebulacy.
    Proszę o jeszcze. Póki pamiętasz.

    %%%%% masz literówkę w akapicie jak to dała nogę zamiast mili powinno być mieli %%%%

  2. Trochę to smutne, to cebulactwo …
    A czy były rzeczy, które Cię ucieszyły? Może było coś, z czego można było być np. dumnym?

    1. Pewnie, że tak! Zostałam np nieoficjalną organizatorką i przewodniczką wycieczek, haha XD
      To też jest tak, że przy dużej (i nagłej!) odpwiedzialności trochę inaczej się widzi rzeczy, ale zdecydowanie muszę napisać więcej o samej Panamie, no i o Rejsie, bo do pełnego obrazu dużo brakuje 😉

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *