São Miguel, Açores – czas naładować baterie

Azory

São Miguel to jedna z niewielkich wysp położonych na Atlantyku, należących do Portugalii. Z perspektywy podróży statkiem, Azory, czyli zbiór, w którym ta wyspa się znajduje, leżą mniej więcej o 2 tygodnie drogi od Bahamów. Po drodze w kierunku Europy nie ma absolutnie nic. Tylko woda, delfiny, czasem jakaś orka czy ewentualnie wieloryb gdzieś z daleka, jeśli ktoś miał szczęście.

delfiny na atlantyku
Delfiny na Atlantyku

W czasie Rejsu Niepodległości, była to w pewnym sensie nasza Ziemia Obiecana. Po krótkich przelotach między Panamą, a Kolumbią, USA, a Bahamami, nagle nadszedł czas na bite dwa tygodnie w morzu, bez horyzontu w zasięgu wzroku.

Czas dla marynarzy płynie inaczej. Każdy dzień to w pewnym sensie dwie doby. Każda doba to składowa tych samych powtarzalnych czynności. (Więcej o tym “Teorii pracy na statku“). Im dalej w morze, tym gorsze jedzenie, a przecież i tak nigdy nie było najlepsze. Im dłużej na oceanie, tym gorsze również relacje międzyludzkie, które z różnych względów też nie zawsze były choćby poprawne. To się każdemu udziela. Ileż można wytrzymać z tymi samymi osobami na jednym kajaku(1)*! Ileż można polerować mosiądze! I tak dalej i tak dalej. Jak do tego dołożyć różną pogodę i niejednokrotny brak internetu nawet w “dni łaski”(2)*, to nietrudno sobie wyobrazić dlaczego każdy z utęsknieniem wypatrywał lądu.

1.* tak sobie “pieszczotliwie” nazwaliśmy nasz statek. Zwrot był jednak opatrzony również przymiotnikiem w postaci wymyślnego wulgaryzmu.

2.* Raz na trzy dni przysługiwała każdemu 1h statkowego Wi-Fi. Rzeczywiście po godzinie internet przestawał działać, nawet jeśli 40min z tego czasu zostało zmarnowane na próby łączenia.

Sao Miguel, Azory
São Miguel

São Miguel – gdy dotarliśmy do Raju

Do Ponta Delga na wyspie São Miguel dotarliśmy 04.03.19, ale już przed wpłynięciem do portu nastroje zaczęły znacząco się poprawiać. Nagle, po raz pierwszy od prawie 1,5 miesiąca, dotarł do nas europejski zasięg! Praktycznie wszyscy wybiegli na pokład z telefonami, próbując się z kimś połączyć. Ekscytacja sięgała zenitu.

Jak to oczywiście na statkach bywa, nie każdy w Ponta Delgada mógł od razu wysiąść, ponieważ jedna wachta zawsze zostaje na statku. II i III wachta miały szczęście. Nie była to nasza kolej. Wprawdzie nie mieliśmy przed sobą całego dnia, ale zajście na ląd i rozejrzenie się po okolicy było możliwe. Udało nam się trochę poszwędać, zaczerpnąć świeżego powietrza, zagadnąć do jakichś tubylców, zajrzeć do baru. Większość ludzi wyległa ze statku w poszukiwaniu trunków. Ja, raczej w poszukiwaniu przestrzeni. Miałam nadzieję wreszcie połączyć się z Leo, korzystając z przecudownie stabilnego zasięgu, ale niestety telefon mi padł prawie od razu po zejściu.

uliczki Ponta Delgada

Wieczorne przeliczenie odbyło się w pijanym chaosie, a wrzawa wcale nie cichła w miarę upływu czasu. Załoga poszalała jednak znacznie bardziej. Co poniektórych trzeba było wnosić nieprzytomnych na statek, a ja osobiście o 02:00 w nocy natrafiłam na pana intendenta, który wesolutki wtoczył się na statek i oznajmił mi, że “fujara rozerwała mu pory”, co też mogłam zaobserwować w postaci wzdłuż wertykalnie rozdartych krótkich spodenek… Później ponoć przez tydzień szukał dziewczyny, która była świadkiem tejże “kompromitacji”. Chciał mi powiedzieć, że to zostaje między nami. No ale wyszło jak wyszło. 😉

Gdzie mnie nogi poniosły

Na drugi dzień wszyscy planowali objazdówki wynajętymi autami. Dobierali się w 5-osobowe grupki i organizowali wspólnie wycieczki. Ja też dostałam propozycję, ale musiałam odmówić. Po tak długim czasie w przymusowym zamknięciu z ludźmi na tak małej przestrzeni, nie czułam się na siłach, aby dobrowolnie zamknąć się z nimi w puszcze na jeszcze jeden dzień. I to ostatni, który miałam przed ponownym odpływem. Zamiast tego, postanowiłam się udać na pieszą wycieczkę.

Być może wędrując cichymi uliczkami miasta, nie da się zobaczyć tak wiele, jak by można przy pomocy samochodu, ale przecież nie chodzi tylko o zaliczenie wszystkich najważniejszych miejscówek. Dla mnie o wiele ważniejszy był spokój i przestrzeń. Na statku przecież ciężko choćby rozprostować nogi.

Zajrzałam do sklepu z pocztówkami. Kasjerka pochwaliła mój portugalski. 😀 Potem uderzyłam do punktu informacji turystycznej i postarałam się o mapę z wyjaśnieniami co gdzie się znajduje, gdzie warto pójść i którędy droga za miasto.

Miałam cały dzień przed sobą, a więc był czas na wszystko. Znalazłam urokliwy park na odpoczynek i telefon do przyjaciółki. Później wybrałam się w górę miasta, przepięknymi uliczkami aż do jego granic. Nareszcie znalazł się również czas na rozmowę z Leo.

São Miguel, czyli początek końca Rejsu Niepodległości

Tak naprawdę to był pierwszy spokojny dzień tego rejsu. Do tego momentu, już od samego przylotu do Panamy, wszystko tonęło w chaosie. Trudno było w tym zamieszaniu o czas dla siebie. Trzeba pamiętać o tym, że taki rejs, nawet ze wszystkimi jego urokami, to jednak 2,5 miesiąca z ludźmi, których – przynajmniej w moim przypadku – się wcześniej nie znało. Ogromna ilość czasu w zupełnie nowym środowisku, z którego nie da się uciec, choćby się chciało.

Azory dały mi tak naprawdę możliwość resetu. Po raz pierwszy od tygodni mogłam odetchnąć z ulgą, usiąść zupełnie sama, bez wulgaryzmów ani dymu papierosów dochodzących do mnie w tle, i na chillu uzupełnić swój pamiętnik.

Dla mnie osobiście, ale też dla wielu innych osób, ten dzień stał się pierwszym dniem końca Rejsu Niepodległości. Oczywiście, przed nami wciąż jeszcze był Londyn i dalszy przepływ do Gdyni, ale myślę, że to w tym porcie nastroje uległy całkowitej zmianie.

To właśnie na wyspie São Miguel nastąpił kluczowy przełom, choć może nie wszyscy rozumieli go w ten sam sposób. Można było jednak zaobserwować, że ci którzy dwa dni wcześniej błagali o wyście z tego p#$%^*!@#%@# kajaka, nagle ze łzami w oczach uświadamiali sobie, że Rejs Niepodległości i cała nasza przygoda, dobiega kresu. Ta krótka możliwość naładowania baterii, bezpowrotnie zmieniła naszą perspektywę.

Azory

Personalnie odczułam tę zmianę jako niezwykle pozytywną, ponieważ tam, gdzie na resztę czekały studia i praca, na mnie czekała Brazylia. Dlatego tym bardziej Ponta Delgada zapadła mi w pamięć jako najlepszy z portów, jakie czekały nas na trasie Rejsu Niepodległości. Każdemu zdecydowanie to miejsce polecam. Zapewniam też, że nie trzeba posiadać góry pieniędzy, żeby się na Azorach dobrze bawić i dużo zobaczyć. Oczywiście jest wiele atrakcji, które można odwiedzić odpłatnie, ale nawet nie wydając grosza, jest to wyspa pełna miejsc do zwiedzenia.

2 myśli na “São Miguel, Açores – czas naładować baterie”

  1. Jakoś tak przykro mi, że “ambasadorowie naszego kraju” wracali z portu pijani I z rozerwanymi gaciami 😞
    Każdy lubi przeżywać dumę, a tu wychodzi przeżywać wstyd 😑
    Z drugiej strony, dobrze że były na statku osoby Twojego pokroju, które godnie reprezentowały nasz kraj. Dziekuję 😊

    1. Prawda! Czasem niestety rozczarowanie było wielkie, a i tak Azory to jeszcze nie był szczyt statkowych możliwości, bo dopiero w Londynie wyszło prawdziwe szydło z worka. Ale no cóż. Na szczęście właśnie to nie byli wszyscy 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *