Wywiad dla Blogs from Heart – o mnie, o blogu, o podróżach

Muzungu in Kenya

Wywiad przeprowadzony dla Blogs from Heart
rozmawia p. mgr Anna Wąśniewska

Pierwsze pytanie jest może nietypowe – czy wierzy Pani w przeznaczenie? Odwołuję się do wyjazdu do Kenii. Pojechała tam Pani zamiast brata Karola. Czy czuje Pani, ze ten wyjazd był w Pani „osobistym planie życiowym”? 

Nie wiem, czy nazwałabym to przeznaczeniem, bo zbyt mocno wierzę w wolną wolę i w działanie, raczej niż w Disneyowe happy endy, ale w jakiś sposób tak. Przeznaczenie, plan, Opatrzność Boża… Wierzę, że rzeczy nie dzieją się bez przyczyny i że często choć spotykają nas przygody czy trudności, których nie rozumiemy, one są po coś. Tak poznałam Leo, ponad 3 lata temu. On z Brazylii, ja z Polski. Poznaliśmy się, ponieważ dzięki malarii nabytej w Kenii uzyskałam roczną dziekankę na iberystyce i wyjechałam do Hiszpanii, żeby nadrobić język, z którym miałam duże problemy. Aplikowałam na Au Pair w Andaluzji, ale po odmowie przyjęłam propozycję w mało znanym Sabadell w Katalonii. On pojawił się właśnie tam po raz pierwszy w życiu wyjeżdżając z Brazylii ze względu na siostrę, która tam mieszka i po latach starań wreszcie doczekała się dziecka. Tak się złożyło, że te dwie rzeczy zbiegły się w miejscu i czasie. I takich „zbiegów okoliczności” towarzyszyło mi osobiście i nam razem bardzo, bardzo dużo.

Sabadell Centro, Spain
Sabadell Centro, stacja, na której się poznaliśmy

Czy znane jest Pani zjawisko voluntourismu? Czy, podróżując po świecie bądź bezpośrednio będąc w Kenii, zauważyła Pani negatywne skutki pojawiających się tam na trochę ludzi z Europy?

Tak i niestety moim zdaniem jest to zbyt częste. Biali nierzadko przyjeżdżają do Afryki wierząc, że zmienią świat, a zamiast tego jedynie wydają pieniądze. Ja przed przyjazdem miałam wprowadzenie misyjne od osób, które w Kenii były przez znacznie dłuższy ode mnie czas wcześniej, ale tak nowa rzeczywistość zawsze zaskakuje. To, że dla kogoś mogę być półboginią, chodzącym workiem pieniędzy i jedyną szansą na dobrobyt i szczęście, brzmi dosyć absurdalnie z zewnątrz i dopiero czas spędzony tam może otworzyć oczy… ale możliwe, że tylko oczy kogoś, kto wie czego się spodziewać. W Kenii na porządku dziennym spotykałam się z oświadczynami na ulicy i wyznaniami miłości. Ktoś też chciał mnie od mojego kenijskiego kolegi kupić za 50 krów, ale na szczęście i za 100 mnie nie chciał sprzedać (typowa dla Kenijczyków opłata dziękczynna za żonę. Od kilku krów po dziesiątki i więcej, w zależności od nabywanej damy i bogactwa regionu).

Massai Land, muzungu na wozie, Kenia
Massai Land, free taxi

Ludzie na porządku dziennym prosili mnie też o różne rzeczy – głównie o pieniądze, ale też o bilety do Ameryki i o inne dobra materialne, jak choćby laptop. Ja na ten moment sama laptopa nawet nie posiadałam i nie miałam nigdy doświadczenia życia w bogactwie, ale nikomu to nie przeszkadzało w błaganiach, bo „przecież na pewno mam dużo laptopów w Ameryce”. Dla przeciętnego Kenijczyka my wszyscy jesteśmy z Ameryki, albo gdzieś z Niemiec. Padły jeszcze nazwy kilku innych krajów, ale o Polsce raczej nikt nie słyszał. W każdym razie najczęściej rzeczywiście tak jest, że przyjeżdżają biali i te pieniądze im dają. Budują też szkoły czy szpitale pieniędzmi z Europy czy z Ameryki, kupują prezenty, rozdają… a potem jadą. Taki szpital wybudowany przez Włochów, zdaje się, jest w pobliżu Meru. Pusty. Nic się w nim nie dzieje. Nikt tam nie pracuje i nikogo on nie obchodzi. Dlaczego? Dlatego, że jakby wbrew znanemu przysłowiu dajemy Afrykańczykom ryby, zamiast uczyć ich łowić. Żaden czarnoskóry nie był zaangażowany w budowę tego miejsca i żaden nie musiał palcem kiwnąć, żeby to miejsce w ogóle powstało lub działało. Włosi budowali, to niech Włosi pracują i niech Włosi mają. A oni wyjechali. No to szpital stoi i tyle. Takie marnotrawstwo pieniędzy zdarza się nierzadko. Również prezenty, które ludzie przywożą, są często traktowane jako zbytek, coś, co nas nic nie kosztowało.; coś, co im się należy, bo mają od nas gorzej, a my i tak mamy dolary i szczęście i w ogóle wszystko czego nam trzeba. To nawet nie jest ich wina, że często tak właśnie na to patrzą, bo nie dzielimy się z nimi wiedzą, nie uczymy ich przedsiębiorczości, nie angażujemy ich w pracę i nie każemy im sobie płacić choćby maleńkiej części poniesionych kosztów, tak jakby nam rzeczywiście zbywało, tak jakby nam pieniądze spadały z nieba. Jak dla nich – spadają. A potem dziwimy się, że oni się na tym wszystkim nie znają, nie pomnażają dóbr i nie wykorzystują właściwie tego co im zostało dane. Zamiast tego szukają u nas więcej pieniędzy.

Brak dostępnego opisu zdjęcia.
znak przed sklepem dla białych w Meru

To dlatego sklepy dla białych są drogie, to dlatego biali najczęściej są oszukiwani na cenach produktów, usług lekarskich i przejazdów i dlatego na każdym kroku ktoś nas pyta o pieniądze lub jedzenie i sprzedaje nam łzawą historyjkę o swoim nieszczęściu, która być może ma coś wspólnego z prawdą, a być może nie. Włosi budowali, to niech Włosi pracują i niech Włosi mają. A oni wyjechali. No to szpital stoi i tyle. Takie marnotrawstwo pieniędzy zdarza się nierzadko. Również prezenty, które ludzie przywożą, są często traktowane jako zbytek, coś, co nas nic nie kosztowało. Coś, co im się należy, bo mają od nas gorzej, a my i tak mamy dolary i szczęście i w ogóle wszystko czego nam trzeba.

Cameleon
z kameleonem

Ja dla Kenijczyków byłam zaskoczeniem. Nauczyłam się podstaw Swahili, żeby odpowiadać na ich zaczepki i żeby być po prostu bliżej nich. Targowałam się z nimi. Wywiadywałam się o ceny zawczasu. Wymagałam od nich. Nigdy nie dawałam pieniędzy. Mieszkałam tam gdzie oni. Spałam tak jak oni i jadłam ich jedzenie przy ich stołach. Biali tak nie robią. Biali mają własne, lepsze, jedzenie. Biali siadają przy osobnym stole. Biali śpią w hotelach. Biali się nie targują, bo i tak ich stać na wszystko. Biali nie uczą się Swahili, bo angielski im w zupełności wystarczy.

Oczywiście: nie wszyscy biali. Ale taki obraz nas mają tam ludzie. A nasza grupa była inna. Kiedy wyjeżdżaliśmy z sierocińca założonego przez Antonio (przewspaniały Włoch, który nie tyle „wybudował szkołę” ile poświęcił swoje życie prowadzeniu tego miejsca, opiece i edukacji tych ludzi i chociażby zakazał nauczycielom bicia, co jest powszechną praktyką kenijskich szkół), moi podopieczni płakali. Dostałam od nich listy pożegnalne, które trzymam do tej pory na pamiątkę. Ale tak jak wiele osób przede w 2016r. wyjechałam i nie wróciłam. Myślałam, że wrócę. I oni też myśleli. Problemem voluntourismu jest to, że ludzie, którzy przyjeżdżają jako „darczyńcy”, powodują jeszcze większą mentalną zależność Afrykańczyków od nas, psują nasz wizerunek i tak naprawdę na dłuższą metę wcale nie pomagają. A ci, którzy przyjeżdżają, żeby wejść w tę kulturę i rzeczywiście dać z siebie coś, co nie jest tylko pieniędzmi, ale raczej czasem, miłością, nauką etc, zapadają w pamięć jako ci wyjątkowi, jak rodzice, których ktoś nigdy nie miał, ale.. i oni przecież wyjeżdżają. Ci ludzie, którzy się do nas przywiązali czekają. Kiedy przyjechałam po raz pierwszy, pytali mnie o moich poprzedników. Kiedy ja zachorowałam i okazało się, że nie mogę w kolejnym roku jechać, pytali następnych o mnie. Zrozumienie, że ktoś, kto stał się nagle tak ważny, może nie mieć pieniędzy, zdrowia, czy możliwości, żeby przyjechać ponownie, czyli w jakiś sposób ich PORZUCIŁ, jest po prostu trudne. A przecież tak mało jest ludzi, którzy jadą tam po to, żeby zostać. Dlatego tym bardziej wielki szacunek należy się wieloletnim misjonarzom.

Obraz może zawierać: 4 osoby, uśmiechnięci ludzie
Shalom, sierociniec i szkoła założone przez Antonio

Ma Pani wiele wspomnień i głębokich przemyśleń problemu voluntourismu, a czy w pamięci zapadło jakieś szczególne wspomnienie z Kenii, które pozostanie w Pani na zawsze?

Powiedziałam wcześniej, że gdy wyjeżdżaliśmy, moi podopieczni płakali. To prawda, ale żeby zrozumieć jaką miało to dla mnie wagę, trzeba wiedzieć, że w Kenii płacz jest rozumiany jako upokorzenie i nawet malutkie dzieci nie płaczą. To niestety wiąże się z przykrym faktem bicia dzieci od dzidziusia w celach „edukacyjnych”. Trzeba dziecko nauczyć, że nie wolno płakać. Jako przykład powiem tu, że któregoś razu byliśmy w kościele i, podczas kazania, ksiądz podszedł do matki z małym dzieckiem i je sobie pożyczył. Opowiadając historię o małpie, wziął to małe dziecko z wózeczka i złapał je za małą nóżkę po czym… wyszedł na środek kościoła trzymając dziecko za nogę w powietrzu i kontynuował opowieść. Nikt nic nie powiedział. Dziecko nie zaczęło płakać!! Tylko my wszyscy w szoku prawie zerwaliśmy się na nogi. Ale matka siedziała spokojnie aż jej ksiądz dziecko oddał. No więc – Kenijczycy nie płaczą. Ale ja tak. Dlatego mi któregoś razu zdarzyło się rozpłakać przy grupie moich nastoletnich podopiecznych, ponieważ – nie zdając sobie nawet sprawy – sprawili mi wielką przykrość. To było dla nich niezwykle szokujące przeżycie. Powiedzieli mi później, że byli po tym przekonani, że ich nienawidzę, bo jeśli wśród nich ktoś sprawi, że druga osoba się przy nim rozpłacze, to już jest koniec znajomości na wieki wieków i czysta nienawiść. Bo tylko tak straszne rzeczy mogą w ogóle do płaczu doprowadzić. A ja się rozpłakałam! Przy nich wszystkich! Oh, jak oni strasznie cierpieli! Na szczęście szybko mogłam im wytłumaczyć, że nie miało to z nienawiścią nic wspólnego i dla nas płacz jest normalny, bo choćby na pożegnanie kogoś ważnego, lub ze wzruszenia, radości, czy zwyczajnie ze smutku – ludzie płaczą. I oni wszyscy mi potem powiedzieli, że kiedy ja będę wyjeżdżać, będą płakać. I płakali. Jeden chłopak powiedział mi, że w ogóle na nasze pożegnanie nie przyjdzie, bo nie chce, żebym widziała jak strasznie płacze. Próbowałam jakoś go przekonać, ale był nieugięty. Dzień przed wyjazdem przechodziłam obok hali w której tam wszyscy spali i zobaczyłam jak siedzi tam sam na łóżku. Przyszłam, żeby jeszcze z nim porozmawiać. Nie patrzył na mnie. Widziałam tylko jak łzy kapią na brudną podłogę. Długo siedzieliśmy. Następnego dnia naprawdę nie przyszedł.

PRZECZYTAJ RESZTĘ WYWIADU NA
BLOGS FROM HEART!

Tagi:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *